| Reality tekst książki pełnej relacji Polek sprzątających w amerykańskich domach. Soczyście i barwnie opisują wymiatanie tego, co Amerykanie starają się zamieść pod swoje dywany. Zdradzają ich sekrety.
Warszawski dziennikarz wybiera się do USA, by w końcu wylądować
w chicagowskim środowisku polonijnym. Właścicielka firmy Cleaning Service, zatrudniającej polskie sprzątaczki, prowadzi swój dziennik.
W książce jest mnóstwo mięsistych dialogów. Czyta się znakomicie.
Wszelkie podobieństwo osób i zdarzeń w książce do osób i zdarzeń prawdziwych jest przypadkowe. |
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
|
Rozdział IWystępuje w nim Monika, główna bohaterka, właścicielka Cleaning Service, chicagowskiej firmy zatrudniającej sprzątaczki
Tak brzmiała moja rozmowa z urzędnikiem w Ambasadzie Stanów Zjednoczonych Ameryki, przy ulicy Pięknej w Warszawie. Nie wiem, czy taka rozmowa oficjalnie nazywa się kwalifikacyjną, w każdym razie wizę dostałem bezproblemowo. Wcześniej otrzymałem instrukcję od Moniki, żeby zaprezentować się jako kreatywny facet na luzie. Takich w Stanach lubią i potrzebują. Wyszło mi to bez trudu, bo niewątpliwie jestem kreatywnym facetem na luzie. Poza tym byłem na lekkim i swobodnym kacu. Co ciekawe, obok mnie równolegle odbywała się rozmowa innego gościa chętnego na wyjazd, Lucjana z Łomży. Gadaliśmy przed podejściem do urzędników i Lucjan był pewien, że wizę dostanie, gdyż prowadzi niezły biznes i ma majątek, który pozostawia w kraju na czas wyjazdu. A tu klops, biznesmen się nie zakwalifikował. Cholera wie, dlaczego… Mnie się o żaden majątek urzędas nie pytał. Zresztą niewiele bym mu na ten temat powiedział, gdyż zasoby finansowe posiadam niewielkie, a nieruchomościami też zaszpanować nie mogę. Za to jestem easy rider, dobrze po czterdziestce (zdarza się, że po pięćdziesiątce) i dysponuję mocą sił witalnych oraz twórczych. Wspomniana wyżej Monika jest białostoczanką, od wieków moją przyjaciółką. Nie pamiętam od kiedy się znamy. Dziesięć lat temu wyjechała do USA i tam została. Często dzwoniła, opowiadała o tym, jak jej się układa i co tam się dzieje wśród Polaków w Chicago, jacy są Amerykanie. Zawsze chętnie słuchałem jej relacji i dywagacji, a któregoś razu powiedziałem, że to, co opowiada, warte jest opisania. Monika na to odpowiedziała krótko i węzłowato – Ja ci mogę opowiadać, ale co ci szkodzi załatwić wizę i przylecieć do Chicago? Nic mi nie szkodziło, tym bardziej, że z relacji Moniki powoli zbierał się materiał na książkę. Sama zasugerowała, że te wszystkie fakty, o których mi opowiada, nadają się do wydania książkowego. Przysyłała mi też nagrania dźwiękowe. No i tak się zaczęło Polek wymiatanie spod dywanów Amerykanów. Dlaczego wymiatanie? Bo Monika jest właścicielką firmy sprzątającej, zatrudnia Polki do sprzątania amerykańskich domów. Zdarzają się wśród zatrudnianych Rosjanki, Ukrainki i babki z innych europejskich krajów. Nie sprzątają u Amerykanów Amerykanki. Oprócz sekretarki i księgowej, Cleaning Service Moniki zatrudnia dwadzieścia kilka dziewczyn do sprzątania. Powinny mieć pozwolenie na pracę, prawo jazdy i samochód. Te, które przyjechały na kilka miesięcy przyjmowane są niechętnie. Właśnie wśród nich najczęściej zdarzają się amatorki szybkiego zarobku i łamania prawa. Z kolei klienci Cleaning Service woleliby sprzątające na stałe, bo się do nich przyzwyczajają. A na rozkochaniu w sobie milionera zależy prawie każdej, obojętnie, czy z pobytem stałym, czy nie. Poznać amerykańskiego multimilionera, a do tego jeszcze przystojnego. I zostać jego żoną… To jest prawdziwe marzenie! Zacząłem spisywać materiał, jaki płynął zza oceanu i jednocześnie przygotowywać się do odlotu do USA. Wtedy zadzwonił do mnie Józek, mój stary znajomy, od lat przebywający w Stanach. Zdążyliśmy już umówić się na spotkanie w Chicago, gdyż powiedziałem mu, że chcę przelecieć ponad Atlantykiem.
Ta Natalia zadzwoniła następnego dnia i powiedziała, że zaraz może mi przesłać pieniądze za pomocą Western Union. Ona ma taką prośbę, żebym kupił bilety do Meksyku, sobie i jej dzieciakom, mieszkającym w Białymstoku.
Chętnie poleciałbym do Stanów przez Meksyk, ale przy okazji miałem przemycić dzieci. Bo Natalia nie potrafiła jakoś jasno się wyrazić, czy chciałaby, żebym wjeżdżał razem z jej dzieciakami do Stanów, czy też ktoś je wcześniej odbierze. Powiedziałem, że się zastanowię, a tu następnego dnia dzwoni znowu Natalia i mówi, że posyła mi esemesem kod, żebym mógł przez ten Western Union odebrać kasę w banku w Warszawie. Wymieniła sumę, która pewnie wystarczy na co najmniej pięć biletów. Zadzwoniłem do Moniki, żeby się poradzić, co mam z tym wszystkim zrobić?
Odebrałem tę kasę, nie przypuszczając, że wchodzę w jej posiadanie na dłużej. Bo jeden z dzieciaków Natalii akurat poważnie zachorował. Ich ciotka przyjąć ode mnie pieniędzy nie chciała, gdyż są przecież przeznaczone na podróż. Wyszło na to, że z nimi polecę. A gdzie jest tata dzieciaków? Jeden diabeł wie. Kiedy poinformowałem o tym Monikę, filozoficznie stwierdziła, że taka to na świecie równowaga, że jednym kasa spada z nieba, a drudzy muszą za nie wiadomo jakie gówno z nagła płacić.
Faktycznie, Monika zaśmiała się do słuchawki i nie był to śmiech odreagowujący stres. Raczej z lekko cynicznym dystansem do rzeczywistości. W końcu fakt jest faktem i już. „Zdarza się” – jak mawiał Kurt Vonnegut, amerykański pisarz. A mawiał tak w swojej książce pod tytułem „Rzeźnia nr 5”. Powiedziałem to Monice.
Nieco wcześniej opowiadała mi podobną historię. W sprzątanym domu leżały drogie, perskie dywany. Sprzątające dziewczyny miały do dyspozycji domowy odkurzacz właścicielki. Ten odkurzacz miał końcówki rury, niezupełnie nadające się do zdejmowania kurzu z wełnianych „persów”. No i stało się nieszczęście, właścicielka doszukała się naderwania skraju jednego z dywanów o wartości dziesięciu tysięcy baksów. Dziewczyny starały się ukryć uszkodzenie i nie chciały się przyznać, że to z ich winy. Wzburzona Amerykanka najpierw zażądała tych dziesięciu tysięcy, a w końcu wytargowała miesiąc darmowego sprzątania za koszt naprawy uszkodzenia jej dywanu. Niewątpliwie Monikę wkurzyła ta historia. Prawda jest taka, że trzeba mieć mocne nerwy i doświadczenie, aby skutecznie i z zyskiem prowadzić firmę Cleaning Service. Sama twierdzi, że codziennie musi być czujna na cwaniactwo klientów. Do tego cwane bywają co poniektóre z zatrudnianych dziewczyn. Te od dywanowej szkody szły w zaparte do upadłego. A problemy są z nimi także z innych powodów, o czym jeszcze będzie później. Przyznam, że podziwiam hart ducha Moniki. Zresztą, ma ona jeszcze inne walory do podziwiania. Rozmawiamy ostatnio często przez Skype’a i widać, że trzyma się znakomicie. Zawsze mi się podobała, chociaż nigdy nie zawiązaliśmy bliskiego związku. Osiedliła się w Stanach i wyszła za mąż za Amerykanina o imieniu Robert, pracującego w dużej firmie ubezpieczeniowej. Polski nie odwiedza. Wakacje spędza w Vegas albo gdzieś na ciepłych wyspach Atlantyku. Kilka lat temu ściągnęła do siebie swoją siostrę, Dorotę, która pomaga jej w prowadzeniu firmy. W Polsce nie miałem okazji jej poznać. Ze zdjęć widać, że obie są równie atrakcyjnymi dziewczynami. Dorota jest aktualnie singielką, a Moniki mąż musi być interesującym facetem, gdyż mają na niego ochotę co poniektóre dziewczyny. Szczególnie jedna, młoda laska, Ukrainka o imieniu Oksana, która niby żartem, ale nie owijając w bawełnę zaproponowała Monice party z wymienianiem się swoimi facetami. Nie był to żart, gdyż niedługo potem wróciła do tego tematu. Wtedy Monika powiedziała Oksanie, że nie ma ochoty na pieprzenie się z jej mężem, a jeśli ona uważa, że jest niezaspokojony, to niech mu znajdzie jakąś nimfomankę. W końcu zapytała:
Nie wiadomo, czy to jest koniec sprawy, bo Oksana może się okazać niezłomna w postanowieniu uwiedzenia. Tu ważna uwaga: napisałem o zaprzyjaźnionej dziewczynie, a to jest tylko koleżanka. Przyjaciółką, oprócz swojej siostry, Monika może nazwać tylko jedną z mieszkających tam dziewczyn. Mnie też nazywa swoim przyjacielem, ale nie wiadomo, czy ciągle bym nim był, gdyby nie ta odległość. Zobaczymy, kiedy się spotkamy. Na razie rezyduję w mieszkanku na warszawskiej Saskiej Kępie, tuż przy Rondzie Waszyngtona, więc jakby trochę amerykańskim. Taki dialog, właściwie będący wywiadem mini, przeprowadziliśmy przed chwilą na linii Warszawa – Chicago.
Chyba nie muszę zbytnio rozciągać rozdziału pierwszego, przedstawiającego Monikę. Sama da się bliżej poznać, kiedy w następnych rozdziałach przedstawię jej relacje z wydarzeń wartych opisania. Mam je w postaci nagrań dźwiękowych i faktycznie, niektóre, a może większość akcji ma charakter kabaretowy. Występują w nich również uczestniczki tych akcji i uważam, że warte są do zacytowania niektóre ich teksty. Jeśli tak uważam, to jest jasne, że umieszczę je też na przyszłych stronicach. Na razie idę na wieczorny spacer po Saskiej Kępie, z zamiarem zaczerpnięcia świeżego powietrza. Niestety, za dużo palę papierosów, nie mówiąc o kubkach wypijanej kawy, czasem z winiakową wkładką. Szczególnie często się to zdarza podczas przeglądu porannej prasy przy kawiarnianym stoliku. Taka jest dola singla. Jestem swobodny i nikt mi nie truje, że się truję. |
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
| Wszelkie prawa zastrzeżone copyright www.spoddywanow.com |
