Reality tekst książki pełnej relacji Polek sprzątających w amerykańskich domach. Soczyście i barwnie opisują wymiatanie tego, co Amerykanie starają się zamieść pod swoje dywany. Zdradzają ich sekrety. Warszawski dziennikarz wybiera się do USA, by w końcu wylądować w chicagowskim środowisku polonijnym. Właścicielka firmy Cleaning Service, zatrudniającej polskie sprzątaczki, prowadzi swój dziennik. W książce jest mnóstwo mięsistych dialogów. Czyta się znakomicie.

Wszelkie podobieństwo osób i zdarzeń w książce do osób i zdarzeń prawdziwych jest przypadkowe.

   

 


"ZABAWNA I RELAKSUJACA KSIAZKA O POLONI MIESZKAJACEJ W AMERYCE."

 

Rozdział I

Występuje w nim Monika, główna bohaterka, właścicielka Cleaning Service, chicagowskiej firmy zatrudniającej sprzątaczki

  • Co pan będzie robił w Stanach Zjednoczonych?
  • Chcę zwiedzić ten kraj. Jestem podróżnikiem, dziennikarzem, publicystą, autorem piosenek. Przejechałem wzdłuż i wszerz Europę. Teraz czas na Amerykę.
  • Ma pan zamiar śpiewać, koncertować w Stanach Zjednoczonych?
  • Nie, ja nie umiem śpiewać. Piszę teksty, właśnie wyszła książka z moimi erotykami. Mogę panu ją podarować.
  • Nie, dziękuję.
  • To mogę powiedzieć przynajmniej fragment jednego tekstu. – Niech pan powie.
  • Urban uszy utulił u uległych ud Uli, Ula ustami ułomka ujęła, ukłucia uniknęła…
  • Ahm, uuu, ha, ha, ha. Pan jest podróżnikiem i artystą naraz?
  • Tak.
  • Proszę jutro zgłosić się po wizę.

Tak brzmiała moja rozmowa z urzędnikiem w Ambasadzie Stanów Zjednoczonych Ameryki, przy ulicy Pięknej w Warszawie. Nie wiem, czy taka rozmowa oficjalnie nazywa się kwalifikacyjną, w każdym razie wizę dostałem bezproblemowo. Wcześniej otrzymałem instrukcję od Moniki, żeby zaprezentować się jako kreatywny facet na luzie. Takich w Stanach lubią i potrzebują. Wyszło mi to bez trudu, bo niewątpliwie jestem kreatywnym facetem na luzie. Poza tym byłem na lekkim i swobodnym kacu. Co ciekawe, obok mnie równolegle odbywała się rozmowa innego gościa chętnego na wyjazd, Lucjana z Łomży. Gadaliśmy przed podejściem do urzędników i Lucjan był pewien, że wizę dostanie, gdyż prowadzi niezły biznes i ma majątek, który pozostawia w kraju na czas wyjazdu. A tu klops, biznesmen się nie zakwalifikował. Cholera wie, dlaczego… Mnie się o żaden majątek urzędas nie pytał. Zresztą niewiele bym mu na ten temat powiedział, gdyż zasoby finansowe posiadam niewielkie, a nieruchomościami też zaszpanować nie mogę. Za to jestem easy rider, dobrze po czterdziestce (zdarza się, że po pięćdziesiątce) i dysponuję mocą sił witalnych oraz twórczych.

Wspomniana wyżej Monika jest białostoczanką, od wieków moją przyjaciółką. Nie pamiętam od kiedy się znamy. Dziesięć lat temu wyjechała do USA i tam została. Często dzwoniła, opowiadała o tym, jak jej się układa i co tam się dzieje wśród Polaków w Chicago, jacy są Amerykanie. Zawsze chętnie słuchałem jej relacji i dywagacji, a któregoś razu powiedziałem, że to, co opowiada, warte jest opisania. Monika na to odpowiedziała krótko i węzłowato – Ja ci mogę opowiadać, ale co ci szkodzi załatwić wizę i przylecieć do Chicago? Nic mi nie szkodziło, tym bardziej, że z relacji Moniki powoli zbierał się materiał na książkę. Sama zasugerowała, że te wszystkie fakty, o których mi opowiada, nadają się do wydania książkowego. Przysyłała mi też nagrania dźwiękowe. No i tak się zaczęło Polek wymiatanie spod dywanów Amerykanów. Dlaczego wymiatanie? Bo Monika jest właścicielką firmy sprzątającej, zatrudnia Polki do sprzątania amerykańskich domów. Zdarzają się wśród zatrudnianych Rosjanki, Ukrainki i babki z innych europejskich krajów. Nie sprzątają u Amerykanów Amerykanki. Oprócz sekretarki i księgowej, Cleaning Service Moniki zatrudnia dwadzieścia kilka dziewczyn do sprzątania. Powinny mieć pozwolenie na pracę, prawo jazdy i samochód. Te, które przyjechały na kilka miesięcy przyjmowane są niechętnie. Właśnie wśród nich najczęściej zdarzają się amatorki szybkiego zarobku i łamania prawa. Z kolei klienci Cleaning Service woleliby sprzątające na stałe, bo się do nich przyzwyczajają.

A na rozkochaniu w sobie milionera zależy prawie każdej, obojętnie, czy z pobytem stałym, czy nie. Poznać amerykańskiego multimilionera, a do tego jeszcze przystojnego. I zostać jego żoną… To jest prawdziwe marzenie!

Zacząłem spisywać materiał, jaki płynął zza oceanu i jednocześnie przygotowywać się do odlotu do USA. Wtedy zadzwonił do mnie Józek, mój stary znajomy, od lat przebywający w Stanach. Zdążyliśmy już umówić się na spotkanie w Chicago, gdyż powiedziałem mu, że chcę przelecieć ponad Atlantykiem.

  • Słuchaj Marek, nie chcesz za darmo tu przyjechać, po drodze zwiedzić jeden piękny kraj i jeszcze do tego trochę zarobić? – zapytał tonem stwierdzenia, czyli będąc pewny, że chcę.
  • Jasne, ale co proponujesz?
  • Jest tu taka babka, Natalia. Ona ci może coś zaproponować. Natalia jest OK, czy dać jej twój numer telefonu?
  • OK, niech będzie – zgodziłem się, bo miałem zaufanie do Józka i chyba na żadną minę by mnie nie wsadzał.

Ta Natalia zadzwoniła następnego dnia i powiedziała, że zaraz może mi przesłać pieniądze za pomocą Western Union. Ona ma taką prośbę, żebym kupił bilety do Meksyku, sobie i jej dzieciakom, mieszkającym w Białymstoku.

  • Dlaczego do Meksyku? – zapytałem naiwnie.
  • No, wiadomo – odpowiedziała Natalia. – Do Meksyku nie potrzeba wizy, a chodzi o to, żeby moi synowie przyjechali tutaj do mnie. Starszy ma dwanaście lat, młodszy dziesięć. Jak oni już będą w Meksyku, to potem już łatwo samochodem albo autobusem przez granicę ze Stanami.

Chętnie poleciałbym do Stanów przez Meksyk, ale przy okazji miałem przemycić dzieci. Bo Natalia nie potrafiła jakoś jasno się wyrazić, czy chciałaby, żebym wjeżdżał razem z jej dzieciakami do Stanów, czy też ktoś je wcześniej odbierze. Powiedziałem, że się zastanowię, a tu następnego dnia dzwoni znowu Natalia i mówi, że posyła mi esemesem kod, żebym mógł przez ten Western Union odebrać kasę w banku w Warszawie. Wymieniła sumę, która pewnie wystarczy na co najmniej pięć biletów. Zadzwoniłem do Moniki, żeby się poradzić, co mam z tym wszystkim zrobić?

  • Mój drogi – Monika na to. – Odbierz pieniądze i pomóż tej babce. Jeśli nie chcesz lecieć z dziećmi, to powiedz to Natalii i powiedz, że kupisz im bilety na samolot do Meksyku. Na pewno znajdzie się ktoś, z kim one tu przyjadą.

Odebrałem tę kasę, nie przypuszczając, że wchodzę w jej posiadanie na dłużej. Bo jeden z dzieciaków Natalii akurat poważnie zachorował. Ich ciotka przyjąć ode mnie pieniędzy nie chciała, gdyż są przecież przeznaczone na podróż. Wyszło na to, że z nimi polecę. A gdzie jest tata dzieciaków? Jeden diabeł wie. Kiedy poinformowałem o tym Monikę, filozoficznie stwierdziła, że taka to na świecie równowaga, że jednym kasa spada z nieba, a drudzy muszą za nie wiadomo jakie gówno z nagła płacić.

  • A co takiego się stało? Gadaj, będę zapisywał.
  • OK.
    Włączyłem zapis.
  • A stało się – mówi Monika. – Vicky, upierdliwa i dobrze zakonserwowana Amerykanka, wymyśliła, że jej gówno przeszkadza i trzeba za to płacić.
  • Bardzo intrygujące – stwierdziłem. – Mów dalej.
  • Upierdliwa Vicky zawsze dokładnie sprawdzała, jak u niej posprzątane. Wszystko musi być nieskazitelnie czyste. Klamki, kurki, krany powinny się błyszczeć jak… no nieważne jak co. W każdym razie to chyba jest sens jej życia. To sprawdzanie, czy wszystko jest nieskazitelnie czyste. Ciekawe, jak czysta jest bielizna, którą nosi?
  • Może dla równowagi chodzi z przyjemnością w brudnych majtkach? – wtrąciłem.
  • Właśnie. No więc sprząta u niej Jadzia, jedna z moich najlepszych dziewczyn. I zdarzyło się, że kiedy sprzątała w łazience, jakaś kropla spadła ze szczotki klozetowej na marmurową posadzkę. Wiesz, co zrobiła Vicky?
  • Nie mam pojęcia. W każdym razie jeśli nazywa się Vicky, po naszemu Wiktoria, to odniosła pewnie jakieś zwycięstwo.
  • Powiedziała, że Jadzia tak ubrudziła marmur, że trzeba specjalistów do renowacji posadzki. Właśnie wczoraj mi to oznajmiła.
  • Pewnie twoja firma ma pokryć koszty. Ale chyba masz ubezpieczenie od takich wypadków?
  • Oczywiście, ale ubezpieczalnia nie pokryje wszystkich kosztów. Trzeba wpłacić najpierw część, tysiąc dolarów. To jest skomplikowane i nie chce mi się dokładnie tłumaczyć. Tu musisz się ubezpieczać od ubezpieczeń.
  • Rozumiem, jesteś zdenerwowana. Zresztą, załapanie, na czym polega ubezpieczanie się od ubezpieczeń, przerasta moją inteligencję.
  • Nie jestem taka znowu za bardzo zdenerwowana z powodu, że ktoś próbuje swoim sposobem wydusić kasę. To tutaj normalne. Nienormalne jest to, czego się można uczepić. Takie gówienko jest tu akceptowane i ty musisz się z tym zgodzić. To aż śmieszne.

Faktycznie, Monika zaśmiała się do słuchawki i nie był to śmiech odreagowujący stres. Raczej z lekko cynicznym dystansem do rzeczywistości. W końcu fakt jest faktem i już. „Zdarza się” – jak mawiał Kurt Vonnegut, amerykański pisarz. A mawiał tak w swojej książce pod tytułem „Rzeźnia nr 5”. Powiedziałem to Monice.
– Nie wiem, co się zdarza w rzeźni – odpowiedziała. – Ale czasem to, co ja widzę tutaj, na pewno zdarza się w jakimś niezłym wariatkowie.

Nieco wcześniej opowiadała mi podobną historię. W sprzątanym domu leżały drogie, perskie dywany. Sprzątające dziewczyny miały do dyspozycji domowy odkurzacz właścicielki. Ten odkurzacz miał końcówki rury, niezupełnie nadające się do zdejmowania kurzu z wełnianych „persów”. No i stało się nieszczęście, właścicielka doszukała się naderwania skraju jednego z dywanów o wartości dziesięciu tysięcy baksów. Dziewczyny starały się ukryć uszkodzenie i nie chciały się przyznać, że to z ich winy. Wzburzona Amerykanka najpierw zażądała tych dziesięciu tysięcy, a w końcu wytargowała miesiąc darmowego sprzątania za koszt naprawy uszkodzenia jej dywanu. Niewątpliwie Monikę wkurzyła ta historia. Prawda jest taka, że trzeba mieć mocne nerwy i doświadczenie, aby skutecznie i z zyskiem prowadzić firmę Cleaning Service. Sama twierdzi, że codziennie musi być czujna na cwaniactwo klientów. Do tego cwane bywają co poniektóre z zatrudnianych dziewczyn. Te od dywanowej szkody szły w zaparte do upadłego. A problemy są z nimi także z innych powodów, o czym jeszcze będzie później.

Przyznam, że podziwiam hart ducha Moniki. Zresztą, ma ona jeszcze inne walory do podziwiania. Rozmawiamy ostatnio często przez Skype’a i widać, że trzyma się znakomicie. Zawsze mi się podobała, chociaż nigdy nie zawiązaliśmy bliskiego związku. Osiedliła się w Stanach i wyszła za mąż za Amerykanina o imieniu Robert, pracującego w dużej firmie ubezpieczeniowej. Polski nie odwiedza. Wakacje spędza w Vegas albo gdzieś na ciepłych wyspach Atlantyku. Kilka lat temu ściągnęła do siebie swoją siostrę, Dorotę, która pomaga jej w prowadzeniu firmy. W Polsce nie miałem okazji jej poznać. Ze zdjęć widać, że obie są równie atrakcyjnymi dziewczynami. Dorota jest aktualnie singielką, a Moniki mąż musi być interesującym facetem, gdyż mają na niego ochotę co poniektóre dziewczyny. Szczególnie jedna, młoda laska, Ukrainka o imieniu Oksana, która niby żartem, ale nie owijając w bawełnę zaproponowała Monice party z wymienianiem się swoimi facetami. Nie był to żart, gdyż niedługo potem wróciła do tego tematu. Wtedy Monika powiedziała Oksanie, że nie ma ochoty na pieprzenie się z jej mężem, a jeśli ona uważa, że jest niezaspokojony, to niech mu znajdzie jakąś nimfomankę. W końcu zapytała:

  • Wiesz, co powiedziała nad ranem uszczęśliwiona żona mężowi?
  • No, nie wiem – Oksana na to.
  • No widzisz, a ja wiem. Jest między nami różnica.

Nie wiadomo, czy to jest koniec sprawy, bo Oksana może się okazać niezłomna w postanowieniu uwiedzenia. Tu ważna uwaga: napisałem o zaprzyjaźnionej dziewczynie, a to jest tylko koleżanka. Przyjaciółką, oprócz swojej siostry, Monika może nazwać tylko jedną z mieszkających tam dziewczyn. Mnie też nazywa swoim przyjacielem, ale nie wiadomo, czy ciągle bym nim był, gdyby nie ta odległość. Zobaczymy, kiedy się spotkamy. Na razie rezyduję w mieszkanku na warszawskiej Saskiej Kępie, tuż przy Rondzie Waszyngtona, więc jakby trochę amerykańskim.

Taki dialog, właściwie będący wywiadem mini, przeprowadziliśmy przed chwilą na linii Warszawa – Chicago.

Ja Co cię najbardziej kręci? Pytam w ramach przedstawienia twojej postaci. Jesteś główną bohaterką akcji książki, którą właśnie piszę. Może będzie gotowa, zanim tam do ciebie dolecę.
Monika Najchętniej to bym nakręciła film o tym, co się tu wokół mnie dzieje.
Ja Byłaby to komedia?
Monika Raczej tragikomedia, nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać.
Ja Na razie powstaje książka, którą piszę w Warszawie. O scenariuszu do filmu pomyślimy później.
Monika Mnie właśnie kręcą dobre filmy. Nie mogę już oglądać tych wszystkich tutaj amerykańskich seriali. Lubię dobre polskie komedie, podobają mi się też filmy angielskie, te z tym ich dowcipem. Dobre są z serii Monthy Python albo te z ich Jasiem Fasolą. Kręci mnie taki absurdalny dowcip. Na przykład perypetie Fasoli w tym małym samochodziku. Mini Morris on się nazywa?
Ja   Zgadza się. A przyjeżdżają do was polskie kabarety?
Monika Tak, tak. W ogóle często występują tutaj artyści z Polski. A jeśli chodzi o polskie kabarety, to właśnie na nie chętnie chodzę. Można dobrze się pobawić. Nasze dowcipy bardziej mi się podobają od amerykańskich.
Ja To specjalnie dla ciebie będę posyłał do Chicago moje wesołe teksty kabaretowe. Bo takie też piszę.
Monika OK, z góry dziękuję.
Ja Oprócz kina i kabaretu coś cię jeszcze specjalnie kręci?
Monika Hmm, myślę, że moja praca, robienie biznesu. Jednocześnie poznaję te dziewczyny, które zatrudniam i im pomagam. No i poznaję te amerykańskie domy od środka. Wiesz, ja sobie czasem ulżę, jak popiszę. Nie wiem, czy wiesz, że prowadzę taki swój dziennik ze swoimi refleksjami. Opisuję też różne wydarzenia.
Ja To dopiero teraz o tym mówisz? Przyślesz mi to, co piszesz?
Monika Przyślę.
Ja Zgodzisz się, żeby umieścić w książce o wymiataniu spod dywanów Amerykanów?
Monika Pomyślę. Ale pewnie się zgodzę.

Chyba nie muszę zbytnio rozciągać rozdziału pierwszego, przedstawiającego Monikę. Sama da się bliżej poznać, kiedy w następnych rozdziałach przedstawię jej relacje z wydarzeń wartych opisania. Mam je w postaci nagrań dźwiękowych i faktycznie, niektóre, a może większość akcji ma charakter kabaretowy. Występują w nich również uczestniczki tych akcji i uważam, że warte są do zacytowania niektóre ich teksty. Jeśli tak uważam, to jest jasne, że umieszczę je też na przyszłych stronicach. Na razie idę na wieczorny spacer po Saskiej Kępie, z zamiarem zaczerpnięcia świeżego powietrza. Niestety, za dużo palę papierosów, nie mówiąc o kubkach wypijanej kawy, czasem z winiakową wkładką. Szczególnie często się to zdarza podczas przeglądu porannej prasy przy kawiarnianym stoliku. Taka jest dola singla. Jestem swobodny i nikt mi nie truje, że się truję.

  Wszelkie prawa zastrzeżone copyright www.spoddywanow.com